|
|
Parę lat temu "Jazz Forum" okrzyknął go nową nadzieją polskiego jazzu. Potem
przyszły zaproszenia na wielkie festiwale, nagrody, wreszcie pierwsza
autorska płyta "Audiofeeling".
Teraz Kaczmarczyk zadebiutował w jednej z najsłynniejszych europejskich
wytwórni płytowych ACT Music. I stanął w gronie takich gwiazd jak Lars
Danielsson, Esbjörn Svensson, Leszek Możdżer czy Nils Landgren.
Po tragicznej śmierci pianisty Svenssona ACT szukało nowych twarzy.
Kontynuatorów, lecz nie ślepo naśladujących jego styl artystów. Kaczmarczyk
pisze muzykę utrzymującą się nurcie klasycznego jazzu, choć z olbrzymim
ładunkiem współczesności. Czerpie z tradycji (Jarrett, Hancock, Garbarek),
ale ma też uszy otwarte na najnowsze trendy jazzowej pianistyki (Svensson,
Mehldau, Wasilewski). Daleki jest jednak od tworzenia kopii. To tylko punkt
wyjścia dla twórczych poszukiwań, czym znakomicie wpisuje się w stylistykę
niemieckiego wydawnictwa.
Wsłuchajmy się w utwór "Catch More Chicks". Z jednej strony odzywają się
echa głównego nurtu, z drugiej - fantastyczny kolaż z elementami muzyki
klubowej i energetycznego rocka. Kaczmarczyk próbuje też doświadczeń z
brzmieniem. Mamy tu klasyczne, akustyczne tria (z nowoczesnym podejściem do
formy), a za chwilę diametralną zmianę na kwintet czy septet z free-jazzowym
i jazz-rockowym zacięciem. W tej różnorodności nie ma jednak mowy o
niestrawnym i niespójnym przekładańcu. Kompozycje z "Complexity in
Simplicity" łączy wspólna myśl, tak jakby jedna wypływała wprost z drugiej.
Rozmowa z Pawłem Kaczmarczykiem, pianistą jazzowym
Tomasz Handzlik: Jak to się stało, że zespół 25-letniego pianisty trafił
do ACT Music?
Paweł Kaczmarczyk: Dużo szczęścia. W 2008 r. graliśmy na festiwalu Jazz
Meeting w Berlinie. Po koncercie do garderoby przyszedł jakiś starszy pan.
Powiedział, że bardzo mu się podoba nasza muzyka, że gratuluje udanego
koncertu i czy nie chcielibyśmy wydać kolejnego albumu w jego wydawnictwie.
Nie wiedziałem kim jest, bo nie dosłyszałem jego nazwiska ani nazwy
wytwórni. Myślami byłem jeszcze na koncercie. Powiedziałem, że
przygotowujemy się do kolejnego nagrania i pomyślimy o współpracy. I tak się
pożegnaliśmy.
Potem, gdy spojrzałem na wizytówkę usiadłem z wrażenia. To był Siegfried
Loch, producent i szef słynnej niemieckiej wytwórni ACT.
Krytycy porównują cię do Keitha Jarretta, ale ty chyba nie lubisz grać
solo.
- Żeby zagrać solowy recital, trzeba umieć prowadzić dialog z samym sobą. I
to na tyle energetyczny, żeby nie zanudzić publiczności. A to nie jest moja
najmocniejsza strona. Do prawdziwej kreatywności stymuluje mnie granie w
zespołach. I nie chodzi tu o rodzaj kompozycji, ale o tę chemię wspólnego
spotkania. Bo muzyka musi być jak teatr. Otwarcie pierwszego aktu,
zawiązanie akcji, drugi akt, kulminacja... Tak jak opowieść, musi mieć akcję
dramatyczną.
Kto cię inspiruje?
- Raczej życiowe sytuacje, doświadczenia. Działa to też w drugą stronę -
kiedy odkryję coś ważnego i ciekawego w muzyce, okazuje się, że w życiu jest
bardzo podobnie.
Pamiętam twój występ na festiwalu Starzy i Młodzi, czyli Jazz w Krakowie.
Byłeś chyba najmłodszym z jego uczestników.
- Nieświadomość to piękna rzecz. To naprawdę cudownie błogi stan. Masz
większy zapał, bo mniej rzeczy cię razi. Nie zauważasz wielu błędów, jakie
popełniasz. Miałem wtedy 16 lat. Słuchałem nagrań Joeya Calderazzo z
Michaelem Breckerem i próbowałem wykonywać tę masę skomplikowanych
kompozycji. Cieszyłem się, kiedy udało się je poskładać w całość. A jak już
dobrnąłem do końca, to był wielki sukces. Mnie się podobało i ludziom się
podobało, bo byłem bardzo młody i byłem traktowany ulgowo. Dzisiaj wykonanie
takiego utworu to norma. Zwracam uwagę na zupełnie inne rzeczy. Po koncercie
któryś ze słuchaczy powie, że koncert był wspaniały, ale ja go analizuję,
doszukuję się błędów i niedociągnięć, bo wiem, że mogło być lepiej.
Wyzwaniem jest też tworzenie własnej muzyki czy umiejętność sterowania
emocjami słuchacza.
Muzyczne szarlataństwo.
- Nie, przecież to wiedza, którą wieki temu wykorzystywali klasyczni
kompozytorzy.
Źródło: Gazeta Wyborcza |
|