|
|
Muzyka improwizowana to materia wielce ulotna. Istnieje tylko o tyle, o ile
jest wykonywana publicznie; istnieje na dłuższą metę, o ile jest
zarejestrowana. A to rzecz krucha: wiele wspaniałych nagrań zginęło, wiele
innych nie przedstawia zadowalającego poziomu technicznego, itd. Zdarzają
się też prawdziwe nieszczęścia, jak na przykład pożar, który strawił
archiwum firmy Atlantic. Jego łupem padło wiele niepublikowanych nagrań
choćby takich tuzów jak John Coltrane, Charles Mingus czy Ornette Coleman.
Losy twórczości Tima Berne’a są świadectwem tego, iż dorobek twórczy
improwizatora może stanąć pod znakiem zapytania z powodów jeszcze innej
natury. Ten wybitny saksofonista zawsze dbał o dostępność swojej muzyki.
Zakładał własne wytwórnie, współpracował tak z poważnymi graczami rynku
producentów niezależnych (Soul Note, JMT, Winter&Winter), jak i gigantycznym
Columbia Records. Nagrał wiele wspaniałych albumów, na których jego
partnerami byli artyści tak wybitni, jak Joey Baron, Bobby Previte, Bill
Frisell, Michael Formanek. Szczególnie aktywny był na przełomie lat 80-tych
i 90-tych, kiedy związał się z wytwórnią JMT. Prowadził wówczas wybitne
zespoły, jak m.in. Chaos Totale, czy Bloodcount, z którymi dokonał wielu
znakomitych nagrań.
I tu wydarzyła się specyficzna tragedia. JMT zostaje przejęte przez koncern
Polydor, który po krótkim czasie… zrezygnował z utrzymywania katalogu
zakupionej wytwórni! Tak więc dorobek wielu lat pracy saksofonisty znika i
staje się całkowicie niedostępny (ten sam los spotkał innych artystów, jak
choćby Paul Motian czy Cassandra Wilson). Berne próbuje pertraktować,
podejmuje się wykupić prawa do swojego materiału. Stanowisko potentata jest
jednak nieugięte: ani sprzedażą, ani wydaniem nie są zainteresowani.
Artysta nie miał innego wyjścia, jak kontynuować karierę bez oglądania się
wstecz. W ostatnim czasie los zaczął mu bardziej sprzyjać. Wydawnictwo
Winter & Winter zdołało namówić Polydor do odsprzedania katalogu JMT i
rozpoczęło sukcesywne wznawianie katalogu tej wytwórni. Co ważniejsze
jednak, sam Berne nagrywa ostatnio płyty na nieodmiennie szczytowym
poziomie. Jedną z nich jest właśnie The Shell Game.
Na płycie występuje trzech muzyków. Nie jest to jednak skład typowego tria
saksofonowego. Brak bowiem basisty, a rolę tego trzeciego – obok lidera i
perkusisty Toma Rainey – przejmuje na siebie obsługujący syntezatory Craig
Taborn. Jego obecność ma decydujący wpływ na brzmienie muzyki zawartej na
albumie. Po pierwsze, znakomicie sprawdza się jako muzyk grający podkłady.
Niezależnie od możliwości brzmieniowych, zastąpić bas klawiszami jest bardzo
trudno. Cecha ta potrafi mieć w tym wypadku szczególne znaczenie: gra w
podkładzie nakłada ograniczenia tak harmoniczne, jak i rytmiczne. Na The
Shell Game zupełnie nie czuć tego rodzaju ograniczeń. Taborn gęsto
wykorzystuje wszelkie możliwości modelowania brzmień, jakie daje syntezator.
Płynnie przechodzi on do grania pianinowych partii akompaniamentu, odważnie
operuje brzmieniem swego syntezatora, przechodząc w bulgotania i warkoty
typowe dla muzyki elektronicznej.
Nie ulega wątpliwości, że clou zawartej na płycie muzyki stanowią partie
lidera. Berne do perfekcji opanował tajniki saksofonu, i potrafi twórczo
używać wszystkich możliwości, jakie oferuje ten instrument. W jego wykonaniu
melodia, brzmienie, i dynamika stapiają się w konsekwentną wypowiedź
muzyczną. Dzięki partnerstwu Taborne’a i Raineya – który potrafi tak
punktować rytmy, jak i nadawać dynamikę utworom – nadzoruje budowanie się
muzycznej rozmowy, w której jest zarówno miejsce na przyjacielskie
pogawędki, jak i poważne, choć nieodmiennie konstruktywne awantury.
Dzięki mistrzostwu wykonania i starannie przemyślanej koncepcji udało się na
The Shell Game połączyć zjawiska pozornie przeciwstawne. Mamy więc
ponadrozumowe porozumienie pomiędzy muzykami, które trudno osiągnąć w
większych składach, i niemal bigbandowe bogactwo brzmień. Napięcie
skupionej, późnocoltrane’owskiej sesji i ekspresję nowoczesnej elektroniki.
Jedna z najlepszych płyt, jakie zdążyły ukazać się w XXI wieku. |
|