|
|
Są muzycy, po których kolejne propozycje sięgam niemalże odruchowo. Nie ma w
ich przypadku ryzyka produkcji albumu słabego, niewartego słuchania. Język,
jakiego się dopracowali, pozostawia szerokie pole działania. W jego obrębie
mogą się mieścić elementy muzycznie różnorodne, niemniej nieodmiennie będą
one najwyższej jakości.
Tim Berne jest niemalże podręcznikowym przykładem tego rodzaju artysty. Jego
produkcje, jak choćby znakomite Shell Game, nie należą być może do
najbardziej spektakularnych. Cechą charakterystyczną tej muzyki są długie,
powoli rozwijające się utwory. Nie są one jakoś szczególnie efektowne: ich
wartość docenia się zazwyczaj po kilkukrotnym przesłuchaniu. Brak w nich
spektakularnych, skomplikowanych technicznie zagrywek. Pozostaje sama
esencja muzyki improwizowanej: interakcja znakomitych indywidualności
poprzez melodie, rytmy czy brzmienia.
Najnowsza płyta nowojorskiego saksofonisty – Pre-emptive Denial – stanowi
kolejny element muzycznej układanki, którą systematycznie odsłania on przed
nami. Sygnowana jest przez zespół Paraphrase – trio, w którym obok lidera
uczestniczą Tom Rainey (perkusja), oraz basista Drew Gress. Wszyscy oni
współpracowali ze sobą w wielu kontekstach (całą trójkę będziemy mieli
prawdopodobnie okazję usłyszeć na koncercie Drew Gress 7 Black Butterflies w
Katowicach, 17.01.2006). Od wielu lat Berne współpracuje z określonymi
muzykami, nagrywając i koncertując w najróżniejszych konfiguracjach. Zdaje
się to być integralnym elementem stylu artysty: dzięki bogatemu
doświadczeniu muzycy rozwijają utwory w sposób swobodny, powoli przechodząc
od pojedynczych współbrzmień czy fraz do skrajnie gwałtownych sekwencji.
Stwierdzić należy, że jakkolwiek poziom produkcji Berne'a jest wysoki i
bardzo wyrównany, to ten najnowszy album należy do najbardziej udanych w
jego karierze. Może trudno porównać ją do starszych nagrań w rodzaju
Fractured Fairy Tales – pod koniec lat osiemdziesiątych znacznie
istotniejszym elementem jego twórczości były bogato zaaranżowane kompozycje,
podczas gdy obecnie skupia się on na improwizacji. Jego różne zespoły grają
często te same tematy, prowadząc je nieodmiennie w całkowicie różnych
kierunkach.
Na tym najnowszym albumie Berne poszedł krok dalej. Właściwie trudno tu
wyróżnić kompozycje. Otrzymujemy dwa długie (ponad dwudziestominutowe),
rozimprowizowane utwory. Melodie nie tyle stanowią ich oś, co raczej
przewijają się w postaci mniej czy bardziej wyraźnej. Muzyka koncentruje się
wokół wytwarzanych na bieżąco elementów brzmień czy nawarstwiających się
rytmów. Członkowie zespołu słuchają się intensywnie, doprowadzając do
skoncentrowania napięcia na poszczególnym elemencie muzyki, by w sposób
płynny porzucić go i przejść do następnego.
Berne wyprodukował kolejną, znakomitą płytę. Niewątpliwie nie jest to muzyka
łatwa. Trudno ją przyporządkować do jakiejś określonej kategorii, trudno
wskazać na jakiś szczególnie imponujący fragment. Ale jako całość plasuje
się na absolutnie najwyższym poziomie. |
|