|
|
Muzyka: 5
Realizacja: 5
Nie pamietam już dokładnie czy to był rok 1996 czy 1997, kiedy po raz
pierwszy usłyszałem Trio Paraphrase. Właściwie ktoś, kto nie słyszał muzyki
tego zespołu nie jest w stanie zrozumieć szoku, jaki wówczas przeżyłem. No,
bo cóż niespodziewanego może zdarzyć się w tak małym i przewidywalnym
składzie jak trio złożone z saksofonu, kontrabasu i perkusji?
Tim Berne to z pewnością nie jest najsprawniejszy technicznie saksofonista
świata. Zarówno na barytonie, jak i alcie można znaleźć wielu szybszych i
lepiej wygimnastykowanych zawodników. Jednak mało kto może się z nim równać
jeśli chodzi o tworzenie logicznych i piekielnie intrygujących improwizacji.
Drew Gress zbliża się do ideału basisty – jeśli lider jest elokwentny i
władczy, Drew chowa się karnie i grzecznie wspomaga solistę bezbłędnym
walkingiem, dbając by wszystko trzymało się kupy. Kiedy jednak jaśnie pan
lider znajdzie się w bardziej demokratycznym nastroju, wtedy pokazuje na co
go naprawdę stać. Jeśli dać mu trochę miejsca potrafi pociągnąć muzyczną
akcję i inwencją melodyczną przyćmić nawet saksofonistę. No i wreszcie Tom
Rainey, perkusista, który potrafiłby ułożyć ciekawą linię perkusyjną nawet
do dzwonka do drzwi.
Z tego musiała wyjść wspaniała i absolutnie oryginalna muzyka. To długa i
zaskakująca zmiennymi nastrojami opowieść. Na początku wsłuchiwałem się w
linie poszczególnych instrumentów, z zawodowego przyzwyczajenia
analizowałem: „jak oni to robią”. Potem przestałem, dałem się ponieść
wyobraźni, która pracuje przy tej płycie jak nigdy.
Wszystkie albumy Tria Paraphrase traktuję jak kolejne rozdziały tej samej
historii. Na każdy odcinek czekam w napięciu, jak wtedy, kiedy byłem
dzieckiem i realizowano kolejne części „Gwiezdnych Wojen”. Mam nadzieję, że
Tim Berne zrealizuje ich co najmniej tyle samo co Lucas. |
|