|
|
To już czwarty odcinek muzycznych dekonstrukcji granych przez Jima Blacka
pod szyldem AlasNoAxis.
Podział 64. minut muzyki na 11 kompozycji jest dość umowny, zresztą aby
wyodrębnić preferowane tematy i tak trzeba uprzednio wysłuchać płyty
kilkakrotnie lub zaniechać po pierwszym, nawet pobieżnym, kontakcie. To
bowiem jest muzyka operująca barwą i nastrojem, sprawy instrumentalne są
jakby na drugim planie, co nie każdemu odpowiada.
Jaka zatem jest nowa płyta Jima Blacka?
Postaram się o tym w skrócie opowiedzieć:
W kącie słychać ciche i niepewne saksofonowe „kwilenie”, i nie jest to
wesoła melodia, po chwili pojawiają się powolne i niskie dźwięki basówki
oraz „krótko cięta”, rytmiczna funkcja elektrycznej gitary, jakby z oddali
dochodzą do nas przytłumione odgłosy perkusji.
Dalej, ta minorowa melodia rozwija się już w pełniejsze tenorowe tony, wciąż
jednak jest dość leniwie, a pozostałe instrumenty zespołu poszukują jak
najbardziej sugestywnego nastroju. Ostatecznie to właśnie ten nastrój staje
się właściwą muzyką.
Utwór kolejny, tytułowy „Dogs of great indifference”, zbliżony jest do
estetyki Sonic Youth z późnych lat osiemdziesiątych.
Wszystko jest tu wyraziste i proste, a jazz jest tylko małym szczegółem
związanym raczej z brzmieniem saksofonu niż z jakąkolwiek improwizacją.
Melodia kompozycji nasuwa też pewne skojarzenia z muzyką skandynawską, a
jeżeli mamy możliwość mocniejszego odkręcenia wzmacniacza, szybko zauważymy,
że bardzo ciekawe rzeczy dzieją się na poziomie gitarowego akompaniamentu.
Nagle muzyka przyspiesza, pojawia się zdecydowany rockowy puls, Brzmi to
trochę jak synteza brzmień zespołów: Primus i Pixies podszytych starym King
Crimson.
Saksofon tenorowy gra teraz mocno w górnym rejestrze, jednak wciąż
najważniejsza jest ta przeklęta i oniryczna melodia wydobywana z instrumentu
przy minimalnej artykulacji.
Jim Black uruchamia wszystkie charakterystyczne dla swojej techniki patenty
– słychać jego pogniecione i zdeformowane blachy, a kolejnymi uderzeniami w
kotły i o randy perkusji gęsto akcentuje wszystkie wartości rytmiczne.
Muzyka stała się nowoczesna, nie ma już nic wspólnego z surowym „falowym
rockiem”, i po raz pierwszy bliżej jej też do muzyki improwizowanej.
Coraz mocniej gra gitara. Za chwilę rozciąga się już na mocnym przesterze,
ale nie jest to żadna rifowa sytuacja, a raczej potężna ściana dźwięku.
Ten dźwięk balansuje tak przez chwilę pomiędzy punkiem, a orkiestrową kodą
współczesnej symfonicznej kompozycji.
Jeszcze więcej dziwnych i aktywnych dźwięków wydobywa z gitary Hilmar
Jensson, a Black zdaje się zasiadać teraz za potężnym zestawem perkusyjnym.
Intrygująco jest już do końca, a po mocnym finale, wszystko po cichu powraca
do kąta i na półkę z płytami.
Jeszcze jedna ważna uwaga - nowa muzyka Jima Blacka wymaga bardzo uważnego
słuchania i ożywa wraz z czasem absolutnie jej podporządkowanym.
To była nieudolna próba opisania muzyki w języku znaczeń emocjonalnych,
zaledwie wskazówka dla tych, co i tak swoje już wiedzą.
Trudno jest opowiadać o wartościach muzycznych - znacznie lepiej jest puścić
płytę lub wybrać się na koncert. |
|