|
|
Recenzje |
|
|||
|
|
|
|
|||
|
|
Barondown
to grupa, która nie może poszczycić się prawie żadną popularnością.
Składa się ona z trzech artystów, z których jedynie Joey Baron
jest gwiazdą. Ale cóż, skoro uczestniczyło się w Masadzie i
innych projektach Johna Zorna (będącego postacią kultową), w
projektach Billa Frisela i dziesiątek innych wielkich muzyków, to
nie powinno to nikogo dziwić. W porównaniu z Baronem reszta zespołu
to ludzie znikąd. Takim stwierdzeniem można się jednak narazić
niewielkiemu, ale zdeklarowanemu gronu wielbicieli, ale w opinii
statystycznego słuchacza nazwisko zarówno Ellery Eskellina -
saksofon tenorowy, jak i Steve’a Swella - puzon, nie mówi zupełnie
nic.
Tymczasem obydwaj panowie przewodzą własnym formacjom i mają
za sobą nagrania autorskie. Pierwszy z nich dla włoskiej wytwórni
Soul Note i szwajcarskiej Hat Art., drugi zaś dla elitarnej
audiofilskiej wytwórni CIMP. Ich płyty są szanowane wśród międzynarodowej
krytyki i, zapewniam solennie, jest to uznanie w pełni zasłużone.
Pomysł stworzenia tria, w którym tradycyjne instrumenty w tej
konwencji, czyli kontrabas i fortepian zastąpione zostają saksofonem
tenorowym i puzonem, może się Państwu wydać co najmniej
niedorzeczny, a jeżeli nie, to na pewno wymierzony przeciw własnej
karierze. Możliwe, ale odnoszę wrażenie, że nie z pobudek
komercyjnych powstał ten zespół. Każdy z wymienionych artystów
jest przede wszystkim skupiony na znalezieniu własnego muzycznego języka
oraz takiego obszaru dźwiękowego, który pozwalałby tego języka
jak najpełniej używać. Barondown zdaje się być doskonałym zespołem,
aby zamiar ten mógł się urzeczywistnić.
W muzyce zawartej na „Crackshot” nie ma jednak
przypadkowych dziwactw i silenia się na sztuczny intelektualizm.
Proponuję spojrzeć na tę płytę inaczej, z perspektywy możliwości
jakie daje taka koncepcja nie tylko improwizatorom, ale w ogóle
wszystkim trzem muzykom. Nie ma tu instrumentu harmonicznego, nie ma
też fundamentu basowego. Z jednej strony są to przeszkody, bo warto
byłoby stworzyć iluzję jednego i drugiego, z drugiej z kolei ta
nietypowa sytuacja pozwala muzykom wyplątać się ze stereotypów
instrumentalnych, wyjść z własnej skóry i spróbować czegoś,
czego standardowy puzonista, saksofonista i bębniarz na co dzień nie
czynią. Aby temu sprostać, konieczny jest nie tylko wyborny
warsztat, ale również wyobraźnia i muzykalność. Nie każdy
drummer potrafiłby grać symulując istnienie kontrabasu, nie każdy
puzonista i saksofonista poradzi sobie z iluzją harmonii. Na „Crackshot”
zaś jest wszystko i jeszcze więcej. Są bowiem znakomite
improwizacje, w których biorą udział wszyscy członkowie tria. Taki
rodzaj grania jest wymagający nie tylko dla muzyków, ale także i
dla słuchacza. Ujmę to w ten sposób: im większe jest osłuchanie i
im bardziej otwarta wyobraźnia tym więcej radości przyniesie
muzyka. Tak więc udział nasz został tu wkomponowany ściśle w
koncepcję artystyczną.
Wspomniałem, że choć co chwila mamy tu coś nietypowego, to
jednak udaje się uniknąć przeintelektualizowania. To prawda. Pomiędzy
skomplikowanymi i odważnymi solami znajdziemy tu wiele czytelnych
fraz, czasem bluesa, kiedy indziej atrakcyjny perkusyjny drive, zaś
całość pomyślana jest logiczne niczym w pełni umotywowane
muzycznie postępowanie.
Gorąco zachęcam do zmierzenia się z muzyką Barondown. Jeżeli nawet nie spodoba się, to pewnie dostarczy wielu intrygujących spostrzeżeń. |
|
|||
|
|
|
|