|
|
Recenzje |
|
|||
|
|
|
|
|||
|
|
Zdobywanie płyt
Arthura Blythe’a to sprawa niełatwa. Dlaczego? Zainteresowanych
odsyłam do recenzji innej jego płyty zatytułowanej „Night
Song”. „Synergy” (w posiadanie tego albumu wszedłem również
podczas sopockiego koncertu na molo) to także płyta tegoroczna, choć
w stosunku do „Night Song” wcześniejsza. Obydwie pozycje dzieli
tylko miesiąc, a jednak muzycznie różnią się one od siebie bardzo
znacznie.
Jak zwykle w przypadku A. Blythe’a mamy tu do czynienia z
instrumentacją niecodzienną, choć - jak wiadomo - awangardowa część
jazzowego środowiska chętnie posługuje się takimi zabiegami.
Ostatecznie jednak nieważne jest, na czym się gra, jeżeli z tej gry
wynika interesująca muzyka. Tak więc obok lidera na „Synergy”
zagrali David Eyges na wiolonczeli oraz ceniony w środowisku drummer
Bruce Ditmas.
Muzyka prezentowana na tej płycie unaocznia jak rozległe
potrafią być zainteresowania A. Blythe’a. Z jednej strony nagrywa
w sumie nietrudną w odbiorze „Night Song”, podczas gdy
kilkadziesiąt dni wcześniej wszedł do studia w nietypowym trio i
nagrał mocny, chwilami bardzo ostry nowoczesny jazz, którego źródła
tkwią w eksperymentach z przełomu lat 60. i 70. Co ważniejsze
jednak, w żadnej z tych kreacji nie traci nic ze swej muzycznej
oryginalności. Już przy pierwszym przesłuchaniu wiadomym się
staje, że autentyzm blythowskiego brzmienia w jakiejś mierze wynika
z silnych powiązań bluesowych. Niemal każde solo konstruowane jest
w oparciu o wyrazistą linię melodyczną, która dopiero w dalszym ciągu
gry ewoluuje, osiągając często niezwykły stopień natężenia.
Mimo to jednak muzyka A. Blythe’a jakimś cudem jest absolutnie
komunikatywna i wcale niekoniecznie trzeba być wieloletnim miłośnikiem
swobodnego grania, aby ulec jej mocy. O reszcie grających nie wspomnę.
Lepiej sami Państwo posłuchajcie.
Krótko mówiąc „Synergy” to solidna porcja wspaniałego, ekscytującego jazzu, wartego bodaj i długich poszukiwań. |
|
|||
|
|
|
|