Recenzje

 

 

 

Wykonawca: Bluiett, Hamiet Baritone Saxophone Group

Tytuł: Live at the Knitting Factory

Wytwórnia: Knitting Factory

Numer katalogowy: KFW 217

Recenzował: Maciej Karłowski

 

 

 

 

Pojawianie się takich nazwisk jak Hamiet Bluiett w kontekście nazwy klubu Knitting Factory to z całą pewnością świadectwo wzrastającej roli tego miejsca na jazzowej scenie nie tylko Nowego Jorku, ale i całego świata. Kim jest ten artysta wiadomo, przynajmniej tym, którzy śledzą rozwój jazzu i jego awangardowych form. Kojarzy się ono nie tyko z solowymi projektami, ale przede wszystkim z supergrupą World Saxophone Quartet, która debiutując w 1977 r. szybko zyskała sobie reputację jednego z najbardziej interesujących projektów jazzowego środowiska.

Tym razem mam okazję recenzować płytę nowego, czysto barytonowego projektu Bluietta. Oprócz lidera zespół ten składa się z coraz bardziej doskonałego i coraz sławniejszego saksofonisty, Jamesa Cartera, Patience’a Higginsa - znanego ze współpracy z takimi muzykami jak Sam Rivers, David Murray, Muhal Richard Abrams czy Rodney Kendrick, Alexa Hardinga oraz perkusisty Ronnie Burrage’a. Niewiele jest na świecie grup, których podstawą jest współpraca instrumentów, z tego też powodu bardzo trudno jest uniknąć dość kłopotliwych porównań. Skojarzenia ze wspomnianym World Saxophone Quartet wydają się być pierwsze i najbardziej oczywiste, ale kiedy poszukać w pamięci, okaże się, że są też i inne - weźmy choćby Jullius Hemphill Sextet, Winds Of Manhattan Sama Riversa, Clarinet Summit Alvina Batiste albo też ROVA Saxophone Quartet. Jest więc sporo materiału porównawczego i, co gorsza, konkurencja jest bardzo wyrafinowana.

Nie będę ukrywał, że na tle wymienionych wyżej zespołów oraz ich wkładu w rozwój muzyki jazzowej Bluiett Baritone Saxophone Group nie prezentuje niczego nowego. Ani nie jest odpowiedzią na formułę WSQ, nie rozwija cudownie polifonicznej koncepcji zespołów Hemphilla, nie można też o nim powiedzieć, że przesuwa granice improwizatorskiej swobody, jakie wyznaczyły poczynania ROVA. Jeżeli więc oczekujecie Państwo od tej produkcji głosu w dyskusji na temat idei grup saksofonowych, to będziecie rozczarowani. Jeżeli natomiast macie ochotę na kontakt z kwartetem doskonałych improwizatorów, którzy operują tak bajeczną techniką, że na twarzy pojawia się uśmiech, to jest to coś dla Was. Nie ulega wątpliwości, że grupa posiada charakterystyczne brzmienie. To wynika z użycia samych saksofonów barytonowych. Jest to dobra okazja, aby dowiedzieć się, ile można wydobyć z instrumentu, jeżeli trafi on w ręce właściwych osób. Mamy tu znakomite improwizacje, często oparte na bluesie, są też momenty, kiedy ponad zespołową aranżacją dominują ostre indywidualne popisy. Ogólnie jest tu sporo dobrej i jeszcze lepiej zagranej muzyki. Istotnym jest także wpływ bębniarza, choć nie pokazuje on niczego, co rzuciłoby na kolana. Przy całej niewątpliwej klasie grupy zgubnym dla niej jest brak nadrzędnej koncepcji. Mam wrażenie, że Panowie spotkali się po to, aby sobie pograć i dać publiczności trochę dobrej, poprowadzonej błyskotliwie rozrywki. Sądzę, że środek ciężkości grupy położony został tu raczej na magię i znaczenie poszczególnych nazwisk niż na rzeczywisty zamiar stworzenia czegoś ważnego.

Mimo to jednak nie sposób określić tej płyty inaczej niż dobra. Ma ona swoje zalety i pewnie nie tylko te, o których wspomniałem. Sumując wszystkie za i przeciw można ze spokojnym sumieniem postawić 3 i 1/2 gwiazdki.

P.S. Jedyne, czego naprawdę szkoda, to niecałkiem udana realizacja techniczna.

 

 

 

 

.: A : B : C : D : E : F : G : H : I : J : K : L : M : N : O : P : Q : R : S : T : U : V : W : X : Y : Z :.