|
|
Recenzje |
|
|||
|
|
|
|
|||
|
|
Pojawianie się takich nazwisk jak Hamiet Bluiett w kontekście
nazwy klubu Knitting Factory to z całą pewnością świadectwo
wzrastającej roli tego miejsca na jazzowej scenie nie tylko Nowego
Jorku, ale i całego świata. Kim jest ten artysta wiadomo,
przynajmniej tym, którzy śledzą rozwój jazzu i jego awangardowych
form. Kojarzy się ono nie tyko z solowymi projektami, ale przede
wszystkim z supergrupą World Saxophone Quartet, która debiutując w
1977 r. szybko zyskała sobie reputację jednego z najbardziej
interesujących projektów jazzowego środowiska.
Tym razem mam okazję recenzować płytę nowego, czysto
barytonowego projektu Bluietta. Oprócz lidera zespół ten składa się
z coraz bardziej doskonałego i coraz sławniejszego saksofonisty,
Jamesa Cartera, Patience’a Higginsa - znanego ze współpracy z
takimi muzykami jak Sam Rivers, David Murray, Muhal Richard Abrams czy
Rodney Kendrick, Alexa Hardinga oraz perkusisty Ronnie Burrage’a.
Niewiele jest na świecie grup, których podstawą jest współpraca
instrumentów, z tego też powodu bardzo trudno jest uniknąć dość
kłopotliwych porównań. Skojarzenia ze wspomnianym World Saxophone
Quartet wydają się być pierwsze i najbardziej oczywiste, ale kiedy
poszukać w pamięci, okaże się, że są też i inne - weźmy choćby
Jullius Hemphill Sextet, Winds Of Manhattan Sama Riversa, Clarinet
Summit Alvina Batiste albo też ROVA Saxophone Quartet. Jest więc
sporo materiału porównawczego i, co gorsza, konkurencja jest bardzo
wyrafinowana.
Nie będę ukrywał, że na tle wymienionych wyżej zespołów
oraz ich wkładu w rozwój muzyki jazzowej Bluiett Baritone Saxophone
Group nie prezentuje niczego nowego. Ani nie jest odpowiedzią na
formułę WSQ, nie rozwija cudownie polifonicznej koncepcji zespołów
Hemphilla, nie można też o nim powiedzieć, że przesuwa granice
improwizatorskiej swobody, jakie wyznaczyły poczynania ROVA. Jeżeli
więc oczekujecie Państwo od tej produkcji głosu w dyskusji na temat
idei grup saksofonowych, to będziecie rozczarowani. Jeżeli natomiast
macie ochotę na kontakt z kwartetem doskonałych improwizatorów, którzy
operują tak bajeczną techniką, że na twarzy pojawia się uśmiech,
to jest to coś dla Was. Nie ulega wątpliwości, że grupa posiada
charakterystyczne brzmienie. To wynika z użycia samych saksofonów
barytonowych. Jest to dobra okazja, aby dowiedzieć się, ile można
wydobyć z instrumentu, jeżeli trafi on w ręce właściwych osób.
Mamy tu znakomite improwizacje, często oparte na bluesie, są też
momenty, kiedy ponad zespołową aranżacją dominują ostre
indywidualne popisy. Ogólnie jest tu sporo dobrej i jeszcze lepiej
zagranej muzyki. Istotnym jest także wpływ bębniarza, choć nie
pokazuje on niczego, co rzuciłoby na kolana. Przy całej niewątpliwej
klasie grupy zgubnym dla niej jest brak nadrzędnej koncepcji. Mam wrażenie,
że Panowie spotkali się po to, aby sobie pograć i dać publiczności
trochę dobrej, poprowadzonej błyskotliwie rozrywki. Sądzę, że środek
ciężkości grupy położony został tu raczej na magię i znaczenie
poszczególnych nazwisk niż na rzeczywisty zamiar stworzenia czegoś
ważnego.
Mimo to jednak nie sposób określić tej płyty inaczej niż
dobra. Ma ona swoje zalety i pewnie nie tylko te, o których wspomniałem.
Sumując wszystkie za i przeciw można ze spokojnym sumieniem postawić
3 i 1/2 gwiazdki.
P.S. |
|
|||
|
|
|
|