Recenzje

 

 

 

Wykonawca: Black, Jim 

Tytuł: Alasnoaxis 

Wytwórnia: Winter & Winter

Numer katalogowy: 910 061-2

Recenzował: Paweł Baranowski

 

 

 

 

Jim Black to postać znana na współczesnej scenie muzycznej, postać ciesząca się zasłużonym uznaniem krytyki. Gra Black’a potrafiła nadać wielu projektom - w składach z góry niejako zdanych na porażkę - pulsu, który utrzymywał dramaturgię nagrania. Groszkowa płyta wydana przez Wintera to pierwszy autorski projekt tego muzyka; jest on liderem i kompozytorem wszystkich utworów. Na płycie współpracują z liderem nie mniej znany saksofonista i klarnecista Chris Speed i cieszący się dobrą renomą basista Skuli Sverrisson, znany m.in. z nagrań z Chrisem Speedem. Jedynie gitarzysta - Hilmar Jensson - to postać dla mnie w ogóle nie znana. Skład ten, renoma muzyków i wydawnictwa przekonały mnie do zakupu tej płyty.

A skoro już przy wydawnictwie. Winter & Winter to wytwórnia płytowa, która postawiła sobie za cel artystyczne przedstawienie muzyki. Inne od powszechnie spotykanych w świecie. Już pierwszy rzut oka na okładkę świadczy o stylowej odrębności tego labela. I tu, w przeciwieństwie do wielu zachwycających się ekologiczną formą "pudełek" na CD, nie należę do jej zwolenników. Oczywiście można tworzyć odrębność stylową, wizje artystyczne itp. ale w przypadku, gdy celem przedstawienia jest muzyka, to jej oprawa musi mieć jeden cel - chronić nośnik, na którym jest podana. Pudełka Wintera po prostu rysują płyty, nie mówiąc już, że nie impregnowana tektura, z jakiej są zrobione nie wróży długiego ich używania w estetycznym stanie.

Jednak nie pudełka a muzyka mają być przedmiotem tej recenzji. Co się zaś tyczy tej materii - Stefan F. Winter także postawił na rzeczy dziwne, niedostępne w innych wytwórniach.

Muzyka zawarta na płycie Black’a taką jest. Jest dziwna, nieklasyfikowalna i pomimo, że artysta ten kojarzony jest ze środowiskiem jazzowym - Alasonaxis na pewno do świata jazzu nie należy. I mniejsza o to ze światem jakiej muzyki może być kojarzona. Są tu elementy i rocka, i free i muzyki współczesnej. Fajny konglomerat zwykle powodujący moje zainteresowanie i żywsze bicie serca w nadziei na dobrą muzyczną ucztę.

Niestety. Zainteresowanie nie towarzyszy słuchaniu tej płyty. I nie polega to na jej zrozumieniu. Wbiłem sobie mocno w głowę zdanie jednego z moich profesorów: "Przeczytaliście? To teraz przeczytajcie ze zrozumieniem." Stosując się do tej zasady nie odrzucam nigdy płyt, na których zawartość po pierwszym przesłuchaniu powoduje uniesienie brwi z jednoczesnym zapytaniem: o co tu w zasadzie chodzi? Problem z muzyką Black’a jest inny. Po wysłuchaniu tej płyty nie tylko nie pojawia się owo zapytanie. Jest jeszcze gorzej - już w trakcie słuchania płyty, kolejne dźwięki nie zachęcają do dalszego odtwarzania płyty; nie mówiąc już o powrocie do jej wysłuchania. Trudno. Jim Black stworzył nudną płytę, nie mającą w zasadzie żadnych wartości. Próżno tu szukać ciekawych podkładów rytmicznych, za które przecież Black jest tak ceniony. Próżno szukać ciekawych improwizacji, granych mocnym, "męskim" dźwiękiem, które tak lubię u Chrisa Speeda. Próżno szukać podskórnego zrytmizowania, które na innych płytach serwuje Skuli Sverrisson. W grze gitarzysty niczego nie szukałem - słuchałem go po raz pierwszy, ale niczym szczególnym się nie popisał. Jego gra jest taka jak płyta - nudna.

Można oczywiście doszukiwać się prób zaimplementowania muzyce rockowej minimalizmu. Można doszukiwać koncepcji serialnych. Ale... Muzyka, czy w ogóle sztuka winna - jak sądzę pozostawiać po sobie jakiś ślad. Ta tego nie czyni.

A że jednak muzyka Black’a może się podobać, że może być ceniona jako niemal zjawisko - przeczytacie w recenzji Maćka Karłowskiego, którą tu i ówdzie znaleźć można. Ja poszukam innej płyty.

 

 

 

 

.: A : B : C : D : E : F : G : H : I : J : K : L : M : N : O : P : Q : R : S : T : U : V : W : X : Y : Z :.