|
|
Recenzje |
|
|||
|
|
|
|
|||
|
|
Tim Berne to amerykański saksofonista altowy i barytonowy.
Rodzaj muzycznych poszukiwań, na jakie się zdecydował, przekreślił
jego szanse na zdobycie większej popularności. Otóż urodzony w
1954 r. w Syracuse Berne postanowił zająć się jazzem nowoczesnym,
czerpiącym zarówno z tradycji czarnoskórych mistrzów free, jak np.
Ornette Coleman, jak też z dokonań młodszej fali poszukiwaczy
nowych form muzycznego wyrazu skupionych wokół Johna Zorna. W
oparciu o doświadczenia poprzedników, Berne rozwinął własną
koncepcję muzyki, oryginalne brzmienie i altu i barytonu, które
konsekwentnie realizuje.
Na jakiś czas zniknął z oczu. Dziś wiadomo, że powodem tego były niecałkiem miłe perypetie z wydawcami. Bez wdawania się w szczegóły, wniosek z tego płynie taki: jeżeli chcesz mieć pełną kontrolę nad swoją muzyką i nie chcesz być poddawany naciskom producentów i managerów to… sam załóż firmę płytową. Tak też uczynił Berne.
„Visitationrites” jest drugą płytą, jaka została wydana
przez Berne’a w Screwgun. Muzyka, którą proponuje, to coś, czego
w jego dyskografii raczej nie było, albo też na odwrót, jest to żywe
ucieleśnienie wcześniej podejmowanych poszukiwań. Rzecz w tym, że
dotychczas sporo jego uwagi zajmowała kompozycja oraz takie
konstruowanie improwizacji, aby nie była ona dodatkiem do utworu, ale
logicznie wynikała z jego układu. Omawiana płyta natomiast wydaje
się być w pełni spontaniczną ekspozycją zupełnie niezwykłej
wyobraźni lidera i towarzyszących mu: Drew Gressa - kontrabas i Toma
Raineya - perkusja. Można zapytać, gdzie tu miejsce na komponowanie,
nie ma tematów, a jeżeli nawet te nieliczne strzępy na chwilę
pojawiających się melodii za takowe uznamy to i tak nic z tego nie
wynika, bowiem za kilkanaście sekund rozpadną się one w bardzo
swobodnej, chwilami kolektywnej improwizacji. Można jednak na
dzisiejszą muzykę Berne’a spojrzeć zupełnie inaczej. Oto mamy
trzech ludzi, każdy o wspaniałym warsztacie i pełnej świadomości
czym jest jazz, improwizujących nie w oparciu o tematy, tak jest o
wiele prościej, ale poszukujących tematu. Każdy wsłuchuje się w
grę pozostałych i wspólnie z nimi dochodzi do miejsc, o których być
może wcale nie myślał. Tak naprawdę jednak nieważne jest tu to
czy 20 minut intensywnej gry doprowadzi do powstania czegoś, co można
nazwać tematem czy nie. O wiele bardziej liczy się wspólny przekaz
energii i to, co dzieje się po drodze. Czyż więc zapis takiego
procesu nie może być uznany za powstanie nowej kompozycji i czy
improwizacja nie jest w takim wypadku integralną, w pełni logiczną
i naturalnie wpisaną w jej układ częścią? „Visitationrites”, jak by o niej nie myśleć, jest najodważniejszą płytą Berne’a jaką słyszałem. Brzmi ona bardzo surowo nie tylko pod względem mocy artystycznej wypowiedzi, ale również i ze względu na robotę reżyserską. Jest ona całkowicie pozbawiona studyjnych retuszy, dzięki czemu daje możliwość usłyszenia jak brzmi kontrabas, saksofon barytonowy i perkusja w konkretnym pomieszczeniu, jakie powinny być proporcje między poszczególnymi instrumentami. Na tę wiedzę jednak trzeba trochę cierpliwości i funduszy. Dotychczas chyba żaden sklep nie może pochwalić się tą płytą w swojej ofercie, a jeżeli już może ją sprowadzić to każe sobie słono zapłacić. Moim zdaniem jednak warto. |
|
|||
|
|
|
|