Recenzje

 

 

 

Wykonawca: Berne, Tim Bloodcount

Tytuł: Visitationrites / Discretion

Wytwórnia: Screwgun

Numer katalogowy: 70002 / 70003

Recenzował: Maciej Karłowski

 

 

 

O płyty Tima Berne’a nie jest łatwo, choć znakomita ich część wydana została przez firmę Stephana Wintera - JMT, która od kilku lat stanowi część olbrzymiego koncernu - PolyGram. A przecież muzyk ten to jedna z ważniejszych postaci nowojorskiej sceny jazzowej, skupionej wokół zornowskiego downtownu. Do zdecydowanie mizernego odbioru tej muzyki, zwłaszcza w Polsce, przyczynia się m.in. taki oto drobny szczegół polegający na tym, że główni alchemicy takiej muzyki nagrywają bardzo często, w bardzo małych wytwórniach i ze względu na elitarność swych poczynań nie dostępują zaszczytu szerokiej, popartej pieniędzmi dystrybucji. No cóż, coś za coś, za błogosławieństwo wielkich zazwyczaj trzeba zapłacić, często bardzo znacznym ograniczeniem artystycznej swobody. Tim Berne wie o tym sporo (nagrał dwie płyty dla Columbii) i wątpię żeby miał z tego powód do dumy.

Bezkompromisowe działanie wymaga więc zupełnej swobody, którą osiągnąć można jedynie wtedy, gdy nie ma nad głową zwierzchników, a to z kolei możliwe jest tylko we własnej firmie płytowej. Z takich powodów powstała firma Screwgun, której oferta nie jest na razie oszałamiająco duża. Do tej pory wydała ona trzy płyty, dwie z nich mam okazję Państwu przybliżyć i czynię to z prawdziwą przyjemnością, bowiem to, co dzieje się na nich to znakomita dawka nowego jazzu.

Na początek „Visitationrites” nosząca numer katalogowy 70002 i będąca, co za tym idzie, drugą w katalogu. Całość nagrana jest w trio, w skład którego wchodzą oprócz lidera na saksofonie barytonowym, Drew Gress na kontrabasie i Tom Rainey na perkusji. Płyta zawiera tylko trzy kompozycje, po jednej każdego z uczestników sesji. W sumie daje to prawie 74 minuty grania i to jakiego grania. Zastanawiając się nad jakimś krótkim określeniem tego, co się tam dzieje, obiegowe już słowo „odjazd” zdaje się nie wystarczać. W moim odczuciu jest to muzyka zupełnie nieschlebiająca oczekiwaniom publiczności, a pojawiające się w przerwach raczej wątłe oklaski świadczą, że posłuchać tego przyszli naprawdę najwierniejsi fani (nagranie pochodzi z koncertu w Berlinie). Nie pomyślcie sobie Państwo, że Berne przeszedł na stronę wyzbytej wszelkich ograniczeń awangardy i zaczął tworzyć niczym nie skrępowane potoki dźwięków. O nie. Owszem, muzyka, jaką aktualnie uprawia jest szalenie intensywna i nie oszczędza słuchacza, ale do prawdziwego chaosu jeszcze bardzo daleko. Konwencja tria daje tu możliwość „odjechania”, ale jak powiedziałem to nie wyczerpuje zagadnienia. Tematy są tu szczątkowe, nie pojawiają się na początku utworu w formie, jaką wszyscy lubimy, czyli mniej lub bardziej skomplikowanej melodii. One rodzą się podczas grania, zaś otwierające poszczególne utwory kilkudźwiękowe riffy mają raczej charakter zawiązania intrygi, ustanowienia punktu wyjścia, cała reszta zaś to bardzo intrygujące i wyrafinowane podążanie jeden za drugim, wsłuchiwanie się w to, co robi reszta i kreowanie muzycznych wydarzeń na bieżąco. Przy warsztacie, jaki posiedli członkowie tria Berne’a takie zabawy nabierają wymiaru prawdziwej sztuki. Nic tu nie jest do przewidzenia, właściwie nie można określić jak będzie ewoluował kolejny wydobyty na światło dzienne motyw ani też, w jaki sposób będzie rozgrywany. Każdy z tych około 20 minutowych kawałków w trakcie swego trwania rodzi się i rozpada kilka razy. Nie można wygodnie zasłuchać się w jakimś pseudotemacie, ani rozkoszować się akurat podjętym przez, skądinąd rewelacyjnego, Tima Raineya drivem. Po chwili cała konstrukcja wali się w otchłań kolejnej zbiorowej improwizacji i Bóg jeden wie, co nastąpi później.

Jak to często bywa tego rodzaju zespoły, skupiając bardzo silne indywidualności, nie zawsze mają do końca precyzyjnie zdefiniowaną rolę lidera. Udział wszystkich muzyków stanowi o powodzeniu całego przedsięwzięcia i oprócz nominalnego szefa także wpływ pozostałych ma kolosalne znaczenie W tym trio jest oprócz Berne’a jeszcze jeden muzyk nadający całości swoistego charakteru. Jest nim perkusista, który nie tylko w moim odczuciu urasta do głównego architekta tej muzyki. Czasami mam wrażenie, że to on prowadzi zespół, dając najsilniejszy impuls kolejnym odsłonom tego koncertu.

Niełatwo słucha się takiego grania, a ponieważ dedykowane jest ono raczej bardzo wyrobionemu i świadomemu swych upodobań melomanowi, niełatwo zdobędzie nowych entuzjastów.

*  *  *

Druga płyta Berna, choć także zawiera solidną porcję zdecydowanego w wyrazie muzykowania, ma już nieco inny charakter. Zmiany w koncepcji nie są znaczne, ale gdy weźmiemy pod uwagę także i to, że skład instrumentalny i osobowy uległ na niej zmianie, jasnym się stanie, że i to, co dobiegnie z głośników będzie się różnić.

Bloodcount to grupa, której można było już posłuchać wcześniej. Nagrała ona kilka płyt dla wspomnianej już JMT Records. Jej skład od początku był czteroosobowy i okazjonalnie wzbogacany o piątego muzyka - francuskiego gitarzystę Marca Ducreta. Trzon jednak od pierwszej płyty stanowili Berne, Chris Speed - saksofon tenorowy i klarnety, Michael Formanek - kontrabas oraz Jim Black - perkusja, Ci też muzycy wzięli udział w nagraniu „Discretion”.

„Discretion” jest jak do tej pory ostatnią pozycją w trzypłytowym katalogu firmy. Muzyka na niej zawarta ma, jak wspomniałem, nieco inny charakter, choć podobnie jak to było na płycie wcześniejszej wyrasta z zamiłowania do zbiorowej improwizacji i tworzenia muzyki nie na papierze, ale w oparciu o zestawianie ze sobą różnych indywidualności i uwolnienie ich wrażliwości i inwencji. Poszczególnych muzyków tej sesji poznaliście już Państwo bardzo dobrze. Zarówno ich solowe dokonania, jak i projekty, w których brali udział jako sidemani były recenzowane na łamach prasy fachowej. Można odnieść wrażenie, że wszystko, w czym biorą udział, ma kształt prawdziwej kreacji, ale od jakiegoś czasu zauważyłem coś niepokojącego. Na różnych płytach zmieniał się tylko lider. Raz szefował Douglas, kiedy indziej Formanek albo Myra Melford, ale tak naprawdę sama muzyka zaczęła popadać w pewne schematy zwłaszcza brzmieniowe. Kolejne pozycje kolejnych liderów stały się trochę za bardzo przewidywalne. Obawiałem się, że i na tej płycie stanie się to samo, a tu, ku mojemu szczeremu zaskoczeniu i, nie ukrywam, radości, Bloodcount Berna to grupa wyróżniająca się na tle innych. Nie potrafię powiedzieć, czym jest to spowodowane, ale z tego grania wieje jakąś świeżą myślą. Dzieje się tak pewnie z powodu silniejszej widać osobowości lidera, bowiem nowy Bloodcount na tle innych wyróżnia się bardzo. Koncepcja jest właściwie prosta. Z przodu mamy dwóch solistów na alcie, tenorze, barytonie i klarnetach, w grze których słychać wiele wzorów i inspiracji, ale także i silny rys osobowy, Z tyłu zaś sekcję rytmiczną złożoną z kontrabasu i bębnów. No tak, ale soliści są znakomici warsztatowo i szalenie kreatywni, zaś sekcja z Blackiem na czele nadaje całości nie tylko solidną podbudowę, ale, co równie ważne, ogromne rytmiczne wyrafinowanie, pełne barw i wszelkich dynamicznych subtelności. Nawet niewyrobiony słuchacz, gdy posłucha tej płyty, to choćby w ogóle do niego nie przemówiła będzie pewny, że grający muzycy są znakomicie dobrani i stanowią prawdziwy zespół wyczuwając się nawzajem intuicyjnie.

Obydwie płyty firmuje swoim nazwiskiem Tim Berne, dają więc one możliwość wyrobienia sobie poglądu na temat tego w jakim momencie artystycznego rozwoju muzyk ten się znajduje. Według mnie jest to Berne w pełnej sile i dyspozycji, mający pomysł na muzykę i determinację w realizowaniu go, ale także i artysta o szalenie wyrazistych poglądach na swą twórczość. Ośmielę się powiedzieć, że dopiero teraz, po założeniu Screwgun Records, jego talent przemówił z właściwą mocą.

PS. Choć muzyka nie jest łatwa, zachęcam do zapoznania się z nią wszystkich pasjonatów dobrej realizacji. Screwgun nagrywa swoje płyty bez udziału stołów mikserskich. Artyści stają na scenie i „zdejmowani” są z niej przy pomocy mikrofonów prosto na dwa tracki magnetofonu cyfrowego. Tak więc nie ma brzmieniowych szwindli, nie ma też zbytniego komfortu odsłuchu. Jest natomiast brzmienie dość bliskie temu, co dają z siebie instrumenty na żywo. Może warto byłoby pokusić się o włączenie którejś do procedur podsłuchowych?

 

 

 

 

.: A : B : C : D : E : F : G : H : I : J : K : L : M : N : O : P : Q : R : S : T : U : V : W : X : Y : Z :.