|
|
O płyty Tima Berne’a nie jest łatwo, choć znakomita ich część
wydana została przez firmę Stephana Wintera - JMT, która od kilku
lat stanowi część olbrzymiego koncernu - PolyGram. A przecież
muzyk ten to jedna z ważniejszych postaci nowojorskiej sceny
jazzowej, skupionej wokół zornowskiego downtownu. Do zdecydowanie
mizernego odbioru tej muzyki, zwłaszcza w Polsce, przyczynia się
m.in. taki oto drobny szczegół polegający na tym, że główni
alchemicy takiej muzyki nagrywają bardzo często, w bardzo małych
wytwórniach i ze względu na elitarność swych poczynań nie dostępują
zaszczytu szerokiej, popartej pieniędzmi dystrybucji. No cóż, coś
za coś, za błogosławieństwo wielkich zazwyczaj trzeba zapłacić,
często bardzo znacznym ograniczeniem artystycznej swobody. Tim Berne
wie o tym sporo (nagrał dwie płyty dla Columbii) i wątpię żeby
miał z tego powód do dumy.
Bezkompromisowe działanie wymaga więc zupełnej swobody, którą
osiągnąć można jedynie wtedy, gdy nie ma nad głową zwierzchników,
a to z kolei możliwe jest tylko we własnej firmie płytowej. Z
takich powodów powstała firma Screwgun, której oferta nie jest na
razie oszałamiająco duża. Do tej pory wydała ona trzy płyty, dwie
z nich mam okazję Państwu przybliżyć i czynię to z prawdziwą
przyjemnością, bowiem to, co dzieje się na nich to znakomita dawka
nowego jazzu.
Na początek „Visitationrites” nosząca numer katalogowy
70002 i będąca, co za tym idzie, drugą w katalogu. Całość
nagrana jest w trio, w skład którego wchodzą oprócz lidera na
saksofonie barytonowym, Drew Gress na kontrabasie i Tom Rainey na
perkusji. Płyta zawiera tylko trzy kompozycje, po jednej każdego z
uczestników sesji. W sumie daje to prawie 74 minuty grania i to
jakiego grania. Zastanawiając się nad jakimś krótkim określeniem
tego, co się tam dzieje, obiegowe już słowo „odjazd” zdaje się
nie wystarczać. W moim odczuciu jest to muzyka zupełnie nieschlebiająca
oczekiwaniom publiczności, a pojawiające się w przerwach raczej wątłe
oklaski świadczą, że posłuchać tego przyszli naprawdę
najwierniejsi fani (nagranie pochodzi z koncertu w Berlinie). Nie pomyślcie
sobie Państwo, że Berne przeszedł na stronę wyzbytej wszelkich
ograniczeń awangardy i zaczął tworzyć niczym nie skrępowane
potoki dźwięków. O nie. Owszem, muzyka, jaką aktualnie uprawia
jest szalenie intensywna i nie oszczędza słuchacza, ale do
prawdziwego chaosu jeszcze bardzo daleko. Konwencja tria daje tu możliwość
„odjechania”, ale jak powiedziałem to nie wyczerpuje zagadnienia.
Tematy są tu szczątkowe, nie pojawiają się na początku utworu w
formie, jaką wszyscy lubimy, czyli mniej lub bardziej skomplikowanej
melodii. One rodzą się podczas grania, zaś otwierające poszczególne
utwory kilkudźwiękowe riffy mają raczej charakter zawiązania
intrygi, ustanowienia punktu wyjścia, cała reszta zaś to bardzo
intrygujące i wyrafinowane podążanie jeden za drugim, wsłuchiwanie
się w to, co robi reszta i kreowanie muzycznych wydarzeń na bieżąco.
Przy warsztacie, jaki posiedli członkowie tria Berne’a takie zabawy
nabierają wymiaru prawdziwej sztuki. Nic tu nie jest do przewidzenia,
właściwie nie można określić jak będzie ewoluował kolejny
wydobyty na światło dzienne motyw ani też, w jaki sposób będzie
rozgrywany. Każdy z tych około 20 minutowych kawałków w trakcie
swego trwania rodzi się i rozpada kilka razy. Nie można wygodnie zasłuchać
się w jakimś pseudotemacie, ani rozkoszować się akurat podjętym
przez, skądinąd rewelacyjnego, Tima Raineya drivem. Po chwili cała
konstrukcja wali się w otchłań kolejnej zbiorowej improwizacji i Bóg
jeden wie, co nastąpi później.
Jak to często bywa tego rodzaju zespoły, skupiając bardzo
silne indywidualności, nie zawsze mają do końca precyzyjnie
zdefiniowaną rolę lidera. Udział wszystkich muzyków stanowi o
powodzeniu całego przedsięwzięcia i oprócz nominalnego szefa także
wpływ pozostałych ma kolosalne znaczenie W tym trio jest oprócz
Berne’a jeszcze jeden muzyk nadający całości swoistego
charakteru. Jest nim perkusista, który nie tylko w moim odczuciu
urasta do głównego architekta tej muzyki. Czasami mam wrażenie, że
to on prowadzi zespół, dając najsilniejszy impuls kolejnym odsłonom
tego koncertu.
Niełatwo słucha się takiego grania, a ponieważ dedykowane
jest ono raczej bardzo wyrobionemu i świadomemu swych upodobań
melomanowi, niełatwo zdobędzie nowych entuzjastów.
*
* *
Druga płyta Berna, choć także zawiera solidną porcję
zdecydowanego w wyrazie muzykowania, ma już nieco inny charakter.
Zmiany w koncepcji nie są znaczne, ale gdy weźmiemy pod uwagę także
i to, że skład instrumentalny i osobowy uległ na niej zmianie,
jasnym się stanie, że i to, co dobiegnie z głośników będzie się
różnić.
Bloodcount
to grupa, której można było już posłuchać wcześniej. Nagrała
ona kilka płyt dla wspomnianej już JMT Records. Jej skład od początku
był czteroosobowy i okazjonalnie wzbogacany o piątego muzyka -
francuskiego gitarzystę Marca Ducreta. Trzon jednak od pierwszej płyty
stanowili Berne, Chris Speed - saksofon tenorowy i klarnety, Michael
Formanek - kontrabas oraz Jim Black - perkusja, Ci też muzycy wzięli
udział w nagraniu „Discretion”.
„Discretion”
jest jak do tej pory ostatnią pozycją w trzypłytowym katalogu
firmy. Muzyka na niej zawarta ma, jak wspomniałem, nieco inny
charakter, choć podobnie jak to było na płycie wcześniejszej
wyrasta z zamiłowania do zbiorowej improwizacji i tworzenia muzyki
nie na papierze, ale w oparciu o zestawianie ze sobą różnych
indywidualności i uwolnienie ich wrażliwości i inwencji. Poszczególnych
muzyków tej sesji poznaliście już Państwo bardzo dobrze. Zarówno
ich solowe dokonania, jak i projekty, w których brali udział jako
sidemani były recenzowane na łamach prasy fachowej. Można odnieść
wrażenie, że wszystko, w czym biorą udział, ma kształt prawdziwej
kreacji, ale od jakiegoś czasu zauważyłem coś niepokojącego. Na różnych
płytach zmieniał się tylko lider. Raz szefował Douglas, kiedy
indziej Formanek albo Myra Melford, ale tak naprawdę sama muzyka zaczęła
popadać w pewne schematy zwłaszcza brzmieniowe. Kolejne pozycje
kolejnych liderów stały się trochę za bardzo przewidywalne. Obawiałem
się, że i na tej płycie stanie się to samo, a tu, ku mojemu
szczeremu zaskoczeniu i, nie ukrywam, radości, Bloodcount Berna to
grupa wyróżniająca się na tle innych. Nie potrafię powiedzieć,
czym jest to spowodowane, ale z tego grania wieje jakąś świeżą myślą.
Dzieje się tak pewnie z powodu silniejszej widać osobowości lidera,
bowiem nowy Bloodcount na tle innych wyróżnia się bardzo. Koncepcja
jest właściwie prosta. Z przodu mamy dwóch solistów na alcie,
tenorze, barytonie i klarnetach, w grze których słychać wiele wzorów
i inspiracji, ale także i silny rys osobowy, Z tyłu zaś sekcję
rytmiczną złożoną z kontrabasu i bębnów. No tak, ale soliści są
znakomici warsztatowo i szalenie kreatywni, zaś sekcja z Blackiem na
czele nadaje całości nie tylko solidną podbudowę, ale, co równie
ważne, ogromne rytmiczne wyrafinowanie, pełne barw i wszelkich
dynamicznych subtelności. Nawet niewyrobiony słuchacz, gdy posłucha
tej płyty, to choćby w ogóle do niego nie przemówiła będzie
pewny, że grający muzycy są znakomicie dobrani i stanowią
prawdziwy zespół wyczuwając się nawzajem intuicyjnie.
Obydwie
płyty firmuje swoim nazwiskiem Tim Berne, dają więc one możliwość
wyrobienia sobie poglądu na temat tego w jakim momencie artystycznego
rozwoju muzyk ten się znajduje. Według mnie jest to Berne w pełnej
sile i dyspozycji, mający pomysł na muzykę i determinację w
realizowaniu go, ale także i artysta o szalenie wyrazistych poglądach
na swą twórczość. Ośmielę się powiedzieć, że dopiero teraz,
po założeniu Screwgun Records, jego talent przemówił z właściwą
mocą.
PS.
Choć muzyka nie jest łatwa, zachęcam do zapoznania się z nią
wszystkich pasjonatów dobrej realizacji. Screwgun nagrywa swoje płyty
bez udziału stołów mikserskich. Artyści stają na scenie i
„zdejmowani” są z niej przy pomocy mikrofonów prosto na dwa
tracki magnetofonu cyfrowego. Tak więc nie ma brzmieniowych szwindli,
nie ma też zbytniego komfortu odsłuchu. Jest natomiast brzmienie dość
bliskie temu, co dają z siebie instrumenty na żywo. Może warto byłoby
pokusić się o włączenie którejś do procedur podsłuchowych?
|
|