|
|
Recenzje |
|
|||
|
|
|
|
|||
|
|
Jakże niewiele czasu upłynęło od pierwszych recenzji płyt
nowej, niezależnej i bardzo małej amerykańskiej firmy Screwgun, a
już mamy w Polsce oficjalnego jej dystrybutora. Otwiera się więc możliwość
poznania całości artystycznej propozycji firmy. Jak na razie nie
jest to lista imponująca, ale kiedy weźmiemy pod uwagę fakt, że
pierwsza płyta ukazała się w ubiegłym roku, to aktualny wynik może
robić wrażenie. Jak wiadomo, założycielem Screwgun jest
saksofonista altowy i barytonowy Tim Berne, on też stanowi jedyną
instancję jeżeli chodzi o dobór nagrywanego repertuaru. Nie jest
tajemnicą, że założenie tej firmy to coś w rodzaju zbudowania
ambony dla głoszenia własnej, nie skrępowanej niczym wizji muzyki
improwizowanej. Najczęściej wydawane są tu płyty albo sygnowane
nazwiskiem założyciela, albo takie, w nagraniu których brał on
udział, albo wreszcie te, które uznał za warte publikacji.
Dzisiaj mamy do czynienia z płytą wydaną przez firmę bardzo
ściśle związaną ze Screwgun i z prezentowanymi przez nią założeniami.
Nawet graficzne opracowanie płyty sugeruje ów związek. Firma nosi
nazwę Little Brother Records, zaś prezentowana płyta to „Ornery
People” duetu Tima Berne’a i kontrabasisty Michaela Formanka. Jest
to pozycja będąca konsekwencją przyjętej na początku zasady
prezentowania muzyki improwizowanej granej na żywo, to znaczy nie na
zasadzie studyjnych nakładek czy reżyserskich remiksów. To, co słyszymy,
to zapis spotkania dwóch artystów, którzy w bardzo ogólny sposób
określili cel swojego spotkania i na miejscu kreują muzyczną
przestrzeń. Stosunek tego, co zaplanowane do tego, co powstaje pod wpływem
chwili jest zdecydowanie korzystny dla nieskrępowanej wypowiedzi. Słyszymy
więc muzykę szalenie spontaniczną, zaskakującą, która nawet przy
wielokrotnym słuchaniu potrafi zaskoczyć nowym współbrzmieniem,
nie znaną wcześniej interakcją czy rozwiązaniem. Spotkali się tu
artyści stanowiący czołówkę sceny amerykańskiej. Gdzie i z kim
grali wyliczyć nie sposób, ale dla miłośników nowoczesnego jazzu
nazwiska te to absolutna elita. Są oni wspaniałymi muzykami i to nie
tylko pod względem przygotowania warsztatowego. To, co przynajmniej
mnie szczególnie porusza w ich muzyce to wyobraźnia, muzykalność
oraz odwaga w wypowiadaniu muzycznych myśli.
Jak to zwykle w przypadku ostatnich dokonań Berne’a bywa nie
należą one do propozycji komfortowych w odsłuchu. Cóż jest to
cena za autentyzm artystycznego przekazu. Improwizacje, zresztą
porywające, prowadzą od czasu do czasu do takich natężeń dźwiękowych,
które mogą niektórych odstraszać, ale kiedy śledzi się uważnie
rozwój akcji miedzy obydwoma muzykami jasnym staje się, że nie ma
tu mowy o muzycznym oszustwie. Kiedy napięcie rośnie to czasem może
w swej kulminacji przybierać formy niewygodne w odsłuchu.
Przy którymś przesłuchaniu tej w moim odczuciu bardzo pięknej
płyty spostrzegłem, że być może nie całkiem pozbawione sensu
jest kojarzenietej muzyki z tą, którą proponował kiedyś nieodżałowany
Julius Hemphill w duetach z Abdulem Waduem. Nie dzieje się to na
poziomie brzmienia całości, ale w kategoriach wyczuwalnego moim
zdaniem pokrewieństwa dusz obydwu artystów. |
|
|||
|
|
|
|