|
|
Recenzje |
|
|||
|
|
|
|
|||
|
|
Zadziwiająca była aktywność Tima Berne’a i jego nowej
firmy fonograficznej Screwgun w ubiegłym roku. Ukazały się wtedy
dwie, oprócz omawianej, płyty zespołu Bloodcount - trzypłytowy „Unwound”
i „Discretion”, a także płyta innej dowodzonej przez niego,
przynajmniej nominalnie, grupy Paraphrase (Berne, Rainey, Gress) - „Visitationrites”.
Ostatnimi czasy na rynkach europejskich pojawiła się również płyta
gitarzysty Marca Ducreta. Dwie spośród wymienionych wyżej pozycji
miałem już sposobność dla Państwa recenzować i prawdę mówiąc
nie przypuszczałem, że w tak niedługim czasie ponownie nadarzy się
okazja sięgnięcia w związku z tym po pióro.
Niecodzienność muzyki proponowanej przez Berne’a za każdym razem
głęboko porusza. I dzieje się tak nie dlatego, że oto nareszcie
pojawił się ktoś, komu udało się wynaleźć coś nowego. Nie. Korzenie
tego grania sięgają wielkich kreatorów nowoczesnego, awangardowego
jazzu lat 60. I nawet jeżeli nie jest to słyszalne od razu to po
chwili zastanowienia okazuje się, że nad jego muzyką unosi się duch
tamtych poszukiwań. Oczywiście mamy koniec lat 90. Gra lidera i
towarzyszących mu artystów (a są nimi jak zwykle: Chris Speed - na
saksofonach i klarnecie, Michael Formanek - kontrabas i Jim Black -
perkusja) nie odbywa się w atmosferze olbrzymiego artystycznego
fermentu, świat zaś nie spogląda w ich kierunku z takim
zainteresowaniem jak było to w czasach, gdy Ornette Coleman wymyślał
freejazz. Muzyka Berne’a ma nieco inny charakter. Oczywiście jest
tworzona w oparciu o zasady kolektywnej improwizacji, nie żąda
tematów, każdy z muzyków jest równorzędnym kreatorem zdarzeń, ale też,
gdy przysłuchać się jej uważniej, podąża w określonym kierunku.
Wszystkie nagrania pochodzą z koncertu w Saint Louis. Jesteśmy więc
świadkami rejestracji muzyki rodzącej się tu i teraz. Podobnie jak to
bywało na poprzednich płytach Bloodcount, utwory toczą się falowo.
Brzmi to jakby ustalone były jedynie początki każdej kompozycji, zaś
cała reszta pozostawiona została wrażliwości i inwencji członków
grupy. Ani jednego, ani drugiego nie brakuje. Każdy z czterech,
kilkunastominutowych utworów w czasie swego trwania rozpada się i
odradza kilka razy. W moim odczuciu artyści z rozmysłem koncentrują
się nie na krótkich chwilach, kiedy pojawia się coś na kształt tematu,
ale na drodze, jaka doń wiedzie. Właśnie wtedy bowiem między muzykami
dzieją się rzeczy naprawdę porywające, kiedy zaś uzyskują ostateczną
formę, to przestają być same w sobie interesujące. Tego rodzaju
odczytanie intencji twórców nie jest w żadnym wypadku jedynym z
możliwych. Całemu występowi towarzyszy ogromna energia i odwaga
muzycznej wypowiedzi. Dzieje się tu tak wiele, że różnorodne
rozumienie, a raczej odczuwanie tej muzyki jest nie tylko możliwe, ale
nawet wskazane. Warsztat i profesjonalną stronę tym razem pominę.
Wszyscy oni bowiem zdążyli już w toku wcale nie krótkiej kariery
udowodnić, że są światową elitą.
PS. |
|
|||
|
|
|
|