Recenzje

 

 

 

Wykonawca: Berne, Tim Bloodcount

Tytuł: Saturation Point

Wytwórnia: Screwgun

Numer katalogowy: 70004

Recenzował: Maciej Karłowski

 

 

 

 

Zadziwiająca była aktywność Tima Berne’a i jego nowej firmy fonograficznej Screwgun w ubiegłym roku. Ukazały się wtedy dwie, oprócz omawianej, płyty zespołu Bloodcount - trzypłytowy „Unwound” i „Discretion”, a także płyta innej dowodzonej przez niego, przynajmniej nominalnie, grupy Paraphrase (Berne, Rainey, Gress) - „Visitationrites”. Ostatnimi czasy na rynkach europejskich pojawiła się również płyta gitarzysty Marca Ducreta. Dwie spośród wymienionych wyżej pozycji miałem już sposobność dla Państwa recenzować i prawdę mówiąc nie przypuszczałem, że w tak niedługim czasie ponownie nadarzy się okazja sięgnięcia w związku z tym po pióro.

Niecodzienność muzyki proponowanej przez Berne’a za każdym razem głęboko porusza. I dzieje się tak nie dlatego, że oto nareszcie pojawił się ktoś, komu udało się wynaleźć coś nowego. Nie. Korzenie tego grania sięgają wielkich kreatorów nowoczesnego, awangardowego jazzu lat 60. I nawet jeżeli nie jest to słyszalne od razu to po chwili zastanowienia okazuje się, że nad jego muzyką unosi się duch tamtych poszukiwań. Oczywiście mamy koniec lat 90. Gra lidera i towarzyszących mu artystów (a są nimi jak zwykle: Chris Speed - na saksofonach i klarnecie, Michael Formanek - kontrabas i Jim Black - perkusja) nie odbywa się w atmosferze olbrzymiego artystycznego fermentu, świat zaś nie spogląda w ich kierunku z takim zainteresowaniem jak było to w czasach, gdy Ornette Coleman wymyślał freejazz. Muzyka Berne’a ma nieco inny charakter. Oczywiście jest tworzona w oparciu o zasady kolektywnej improwizacji, nie żąda tematów, każdy z muzyków jest równorzędnym kreatorem zdarzeń, ale też, gdy przysłuchać się jej uważniej, podąża w określonym kierunku.

Wszystkie nagrania pochodzą z koncertu w Saint Louis. Jesteśmy więc świadkami rejestracji muzyki rodzącej się tu i teraz. Podobnie jak to bywało na poprzednich płytach Bloodcount, utwory toczą się falowo. Brzmi to jakby ustalone były jedynie początki każdej kompozycji, zaś cała reszta pozostawiona została wrażliwości i inwencji członków grupy. Ani jednego, ani drugiego nie brakuje. Każdy z czterech, kilkunastominutowych utworów w czasie swego trwania rozpada się i odradza kilka razy. W moim odczuciu artyści z rozmysłem koncentrują się nie na krótkich chwilach, kiedy pojawia się coś na kształt tematu, ale na drodze, jaka doń wiedzie. Właśnie wtedy bowiem między muzykami dzieją się rzeczy naprawdę porywające, kiedy zaś uzyskują ostateczną formę, to przestają być same w sobie interesujące. Tego rodzaju odczytanie intencji twórców nie jest w żadnym wypadku jedynym z możliwych. Całemu występowi towarzyszy ogromna energia i odwaga muzycznej wypowiedzi. Dzieje się tu tak wiele, że różnorodne rozumienie, a raczej odczuwanie tej muzyki jest nie tylko możliwe, ale nawet wskazane. Warsztat i profesjonalną stronę tym razem pominę. Wszyscy oni bowiem zdążyli już w toku wcale nie krótkiej kariery udowodnić, że są światową elitą.

PS. Jak zwykle warto zwrócić uwagę na realizację techniczną. Całość brzmi dość topornie, nie ma retuszy ani żadnych upiększeń. Można za to posłuchać muzyki brzmiącej chwilami z podobnym akustycznie zróżnicowaniem jak to dzieje się na żywo.

 

 

 

 

.: A : B : C : D : E : F : G : H : I : J : K : L : M : N : O : P : Q : R : S : T : U : V : W : X : Y : Z :.