|
|
Recenzje |
|
|||
|
|
|
|
|||
|
|
Z tą płytą miałem okazję obcować najdłużej. Nie będę
ukrywał, że stosunek do niej zmieniałem co jakiś czas. Nigdy nie
było tak, że materiał ten nie podobał mi się w ogóle. Bez
wdawania się w szczegóły poprzestańmy na stwierdzeniu, że być może
wcześniej nie byłem jeszcze gotowy na muzykę Berne’a. Właściwy
moment powtórzenia sobie muzyki z płyty „Big Satan” nadszedł,
kiedy dostałem do recenzji opisywane wcześniej dwie jego ostatnie
pozycje, recenzowane również w tym numerze. Słuchając „Big Satan”
z perspektywy ostatnich płyt Berne’a odbieram ją inaczej niż
dawniej.
Muzyka zawarta na tym albumie jest zapowiedzią tego, co mamy
na ostatnich płytach. Już tam pojawia się, choć może jeszcze nie
tak dobitnie, sygnał, że w muzyce Berne’a przyszedł czas na
wypowiedzi odważne i zdecydowane. Być może szacowny Stefan Winter
nie był gotowy przyjąć tej nowej muzyki. Możliwe, że to zbieg
okoliczności, ale skąd ta nagła informacja o odejściu ze stajni
Wintera i założeniu własnej firmy płytowej i wydaniu w pierwszej
kolejności trzech płyt z własną muzyką? Skąd ponadto owa ciągłość
stylistyczna między „Big Satan” a następnymi? Tak czy inaczej,
„Big Satan” stanowi, w moim odczuciu, zapowiedź drogi, którą
obrał Berne na ostatnich płytach. Zmiany widać postępowały
szybko, bowiem poszczególne tytuły dzieli jedynie kilka miesięcy.
Oprócz lidera usłyszymy tu Marca Ducreta - gitary i Toma
Raineya - perkusja. Nietypowe to trio, ale przyznam szczerze, ani
przez chwilę nie odczułem, że czegoś w nim brakuje. Pełna
integracja brzmienia. Nieczęsto słyszy się muzykę łączącą tak
spójnie zupełnie nieoczekiwane zestawienie instrumentów. Wszystko
to zaś zrobione jest nie dla taniej oryginalności.
W zespole panuje znaczna swoboda, a uwolniony od pełniącego rolę kotwicy kontrabasu Rainey pokazuje, że jest muzykiem ze wszech miar zdolnym zapewnić reszcie nie tylko wyrafinowanie i perkusyjną kolorystykę, ale także i solidną podstawę rytmiczną. Liderem jednak jest Berne. On dostarcza najwięcej impulsów. Gra mocno, bez obawy wpłynięcia na mieliznę, a że ma obok siebie Ducreta, któremu natura też nie poskąpiła talentu i wyobraźni, mamy okazję słuchać muzyki na bardzo wysokim poziomie. Cały czas toczy się tu spór o proporcje, granice miedzy tym, co z góry ustalone i tym, co powstaje w wyniku improwizacji. Spór ten nie jest jeszcze rozstrzygnięty, ale w jego konsekwencji powstaje muzyka o znacznej sile wyrazu, z którą nie da się zaprzyjaźnić od pierwszego spotkania. |
|
|||
|
|
|
|