|
|
Gilad Atzmon pochodzi z Izraela, skąd, jako 20 latek, wyjechał do Londynu
studiować filozofię. Zaistniał tam także jako saksofonista i producent
muzyki pop. Pod wpływem współpracy z grającym na perkusji Asafem Sirkisem
(obecnym i na tej płycie) zainteresował się muzyką etniczną swoich
rodzinnych stron, a także Turcji, Bałkanów, Włoch i Europy wschodniej;
założony przez Atzmona The Orient House Ensemble specjalizuje się w
tworzeniu subtelnej mieszanki jazzu z elementami folkloru z różnych zakątków
świata.
Na „Nostalgico” Atzmon sięga przede wszystkim do najświetniejszych zasobów
historii jazzu, okresu nazywanego przez niektórych „złotą erą”. Jest to
jednak nawiązanie dość specyficzne; artysta adaptuje pojedyncze tematy,
motywy, brzmienia i buduje z nich zupełnie nową jakość (nie mamy tu więc do
czynienia z jakąkolwiek stylizacją). Przykładem techniki działania lidera
może być utwór 20th Century, który jest jak gdyby „mixem” It Ain`t
Necessarily So Gershwina, Caravan Ellingtona i Mack the Knife Weila. Trzeba
jednak wyraźnie podkreślić, że stosowane przez Atzmona środki są dość
tradycyjne; artysta w żadnym stopniu nie odnosi się do najnowszych trendów
polegających na skutecznym mieszaniu wszystkiego ze wszystkim.
Szacunek dla tradycji pozostaje, co nie przeszkadza Atzmonowi dobrze się
bawić (w tym i trochę jednak mieszać); w ogóle pastisz, humor (zawsze w
najlepszym gatunku) i tytułowa nostalgia są ważnymi wątkami (i walorami)
płyty. Obok różnych odcieni jazzu, bardzo wyraźnie zaznaczony jest element
etniczny, który przejawia się głównie w sposobie gry Atzmona na klarnecie.
Momenty te widoczne są nie tylko w utworach lidera, ale i np. w muzyce
Ellingtona (In a Sentimental Mood). Sposoby artykulacji, akcentuacji,
rozwiązania „skalowe”, rytmiczne i różne rodzaje ekspresji „wypatrzone” w
muzyce etnicznej niezwykle ożywiają zarówno grę Atzmona jak i cały album;
najciekawsze jest jednak to, że wciąż mamy do czynienia z bardzo solidnym
jazzem.
Jako saksofonista Atzmon jest wytrawnym artystą swobodnie poruszającym się w
tradycji jazzu (echa muzyki Getza, Konitza, Coltrane’a). Jest to jakby jego
„środowisko naturalne”, choć przez cały czas wydaje się, że on sam ustawia
się gdzieś ponad, nie jest emocjonalnie, by tak rzec, związany z żadną
określoną stylistyką. Wrażenie takie powstaje także na skutek obecności w
jego grze pewnego dystansu, cudzysłowu, skłonność do groteski, parodii,
nawet kiczu. W ogóle muzyka na płycie nie jest jednoznacznie zdefiniowana.
Atzmon przez cały czas nas zaskakuje. Dzieje się tak zwłaszcza w finale
płyty, gdzie artysta udowadnia słuchaczowi, że potrafi jeszcze inaczej.
Prawdziwy „koniec i bomba...” |
|