|
|
Recenzje |
|
|||
|
|
|
|
|||
|
|
Tym
razem mam okazję przedstawić dwie pozycje nieco starszej daty, które
należałoby zakwalifikować, oprócz jednoznacznie jazzowej
klasyfikacji, do działu „audiofilskiego”. Na początku 1990 r.
jedna z najsławniejszych grup chicagowskiej awangardy lat 70. weszła
do studia nagraniowego, aby zarejestrować dwie sesje, które ze względu
na podobną ideę można, a nawet trzeba traktować jako jednolite
stylistycznie przedsięwzięcie.
Albumy mają wspólny tytuł
„Dreaming of the Master Suite”. Pomysł, ogólnie rzecz ujmując,
jest próbą zwrócenia uwagi na tych spośród wielkich klasyków
jazzu, którzy mieli bezpośredni wpływ na rozwój zespołu, albo też,
co bardziej prawdopodne, byli dlań szczególnie inspirujący.
Pierwsza płyta na warsztat bierze dorobek artystyczny jednego
z najważniejszych twórców nowoczesnego jazzu - Johna Coltrane’a.
Płyta nie jest jednak skonstruowana jako zbiór kompozycji Trane’a,
z którymi Art Ensemble of Chicago próbuje się mierzyć. Nie
odnajdziemy więc całej masy cudownych coltrane’owskich tematów,
lecz tylko trzy, ale za to będące w ścisłej czołówce jego dokonań,
mianowicie „Impressions”, „Naima” i „Spiritual”. Jak to
zazwyczaj bywa przy okazji tego zespołu, zaprezentowane zostały
wersje dość swobodnie podejmujące istotę tych dzieł. Oczywiście,
tematy potraktowane zostały bardzo czytelnie, a improwizacje poszczególnych
muzyków nie oddalają się od głównego szkieletu, ale za to ogólny
nastrój tych kompozycji jest zgoła odmienny niż można byłoby
oczekiwać. Całość rozpięta jest w niezwykłym, silnie
zafrykanizowanym otoczeniu muzycznym. Te tendencje są zresztą wizytówką
grupy. Pojawia się niezliczona ilość instrumentów perkusyjnych,
począwszy od całej baterii różnorodnego rodzajów bębnów,
poprzez egzotyczne czynele, dzwonki i najprzeróżniejsze stukadełka,
a na belafonach skończywszy. Jest tego naprawdę sporo tym bardziej,
że obsługą tychże zajmuje się nie tylko główny perkusista
grupy, Famoudou Don Moye, ale także wszyscy członkowie bandu. Oprócz
swych podstawowych instrumentów Lester Bowie - trąbka, Joseph Jarman
- saksofon tenorowy, Roscoe Mitchell - saksofon altowy, Malachi Favors
- kontrabas, sięgają także po inne instrumentarium, nie wyłączając
całej gamy pozostałych instrumentów dętych, nie tylko z rodziny
saksofonów, ale również i fletów. Efektem tego jest niezwykła
wprost kolorystyka brzmienia i różnorodność odcieni
sonorystycznych.
Mimo tego, że Art Ensemble of Chicago to przecież formacja z
krwi i kości awangardowa, tym razem wydaje mi się, że muzycy swoje
zapędy eksperymentatorów nieco bardziej zdecydowanie przytrzymali na
wodzy. W sumie mamy dziesięć „kawałków”, z których żaden nie
przekracza ośmiu minut, a kilka to króciutkie miniimpresje. Możemy
także przy okazji tej płyty posłuchać jak brzmi zespół w
utworach o czytelnej formie, klarownych i zwięzłych pod względem
melodycznym tematów - „Song For Atala”, czy jeden z najbardziej
efektownych, utrzymany w bardzo żwawym tempie „Ohendaruth”.
Uważam tę płytę za dzieło bardzo udane, choć kiedy spoglądam
na nią jak na całość, która zaplanowana była jako swego rodzaju
dedykacja i powstała z jasno określonych inspiracji, nie do końca
jestem pewny kim był dla Bowie’go i spółki Coltrane i do jakiego
stopnia jego muzyka wpłynęła na ich rozwój.
W kontekście tego, co napisałem powyżej jeszcze dziwniej
wygląda sprawa z drugą w dyskografii płytą będącą swego rodzaju
„tribute to” - „Dreaming of the Master Suite vol II”. Jest ona
poświęcona pamięci Theloniousa Sphere Monka, a więc, podobnie jak
Coltrane, niezwykle ważnego dla jazzu kompozytora i pianisty. Czym
jest monkowska pianistyka oraz jego niebywały talent kompozytorski
wie każdy, który poświęcił jazzowi nieco więcej czasu. Ogromna
ilość jego utworów bez końca brana jest na warsztat i stanowi
ponadto rodzaj wyzwania nie tylko dla pianistów - dla nich jest
oczywiście zjawiskiem wyjątkowym - ale również i artystów, którzy
za swój główny instrument niekoniecznie uważają fortepian. Twórczość
Monka okazała się być fascynująca niemal dla wszystkich, nie tu ma
rzecz jasna miejsca na
wyliczanie wszystkich, ale weźmy choćby wielkiego saksofonistę
sopranowego Steve’a Lacy, który w latach 60. nauczył się
wszystkich jego kompozycji i w oparciu o nie nagrywał monograficzne płyty
i dawał takież same koncerty na całym świecie.
Mimo tak wielkiego rezonansu w kręgach muzycznych i wśród
publiczności, nie lada zaskoczeniem było dla mnie ujrzenie w
katalogu DIW płyty Art Ensemble of Chicago, u źródeł której
znalazły się właśnie inspiracje monkowskie. Uczucie
zainteresowania podsycało na dodatek zaproszenie do tego nagrania
jednego z największych nowatorów jazzowej pianistyki - wielkiego
Cecila Taylora. Byłem niemal w 100% pewny, że pozycja okaże się co
najmniej niezwykła, przypuszczałem też, że nietuzinkowa wyobraźnia
zespołu w znacznej mierze przekształci znane mi wcześniej utwory,
nie sądziłem jednak, że grupa niemal całkowicie zrezygnuje z
wykorzystania utworów Monka. Jedynym reprezentantem jego dzieł jest
tu, a jakże, „Round Midnight”, pomyślany jako ponad 15-minutowa
suita, w której część pierwszą zajmuje obszerne wprowadzenie o
charakterze sonorystycznej impresji, a z niej w dalszym ciągu wyłania
się jak najbardziej tradycyjnie podany temat i równie tradycyjne,
choć nie pozbawione nostalgicznej liryki, sola trąbki i saksofonu.
Potem jeszcze znacznie krótszy i mniej znany „Nutty” i na dobrą
sprawę na tym koniec. W całej reszcie, przynajmniej w moim odczuciu,
jest tyle Monka co na lekarstwo.
Nie oznacza to w żadnym wypadku, że mamy do czynienia z płytą
nieudaną. Jest tu bardzo wiele intrygujących momentów i rzadka możliwość
posłuchania, jakie efekty daje spotkanie dwóch filozofii
awangardowego muzykowania. Jest to bez wątpienia spotkanie na
szczycie, które pokazuje z jak odmiennych muzycznie doświadczeń wypływać
może freejazzowe granie i na jakich płaszczyznach obydwa te światy
znajdują wspólny mianownik. Kiedy jednak opada pierwsza fascynacja,
dojść można do wniosku, że więcej jest różnic niż cech wspólnych.
Oczywiście urzeka poziom kompromisu i stopień adaptacji Taylora,
znanego przecież z szalenie nieprzejednanego stanowiska w kwestii
funkcji fortepianu, a także wspaniałe, czasem intrygujące, a czasem
po prostu czarowne zdolności zespołu w kreowaniu fascynującego
otoczenia brzmieniowego. Po wysłuchaniu tej płyty, nie ukrywam z
niemałą przyjemnością, mam wrażenie, że do następnego takiego
spotkania na szczycie raczej nie dojdzie. Każda ze stron działa w
obrębie własnych, latami szlifowanych koncepcji, które nawet przy
wspólnym monkowskim mianowniku nie potrafią koegzystować. Sądzę jednak, że wyjątkowość obydwu tych płyt, a także wyśmienita realizacja techniczna, dystansująca ogromną ilość tak zwanych płyt audiofilskich, stanie się dostatecznym argumentem, aby obydwa woluminy mistrzowskich suit stanęły u Państwa na półce. |
|
|||
|
|
|
|