Recenzje

 

 

 

Wykonawca: Art Ensemble of Chicago

Tytuł: Dreaming of the Master Suite / Dreaming of the Master Suite vol. 2

Wytwórnia: DIW

Numer katalogowy: 846

Recenzował: Maciej Karłowski

 

 

 

 

 

Tym razem mam okazję przedstawić dwie pozycje nieco starszej daty, które należałoby zakwalifikować, oprócz jednoznacznie jazzowej klasyfikacji, do działu „audiofilskiego”. Na początku 1990 r. jedna z najsławniejszych grup chicagowskiej awangardy lat 70. weszła do studia nagraniowego, aby zarejestrować dwie sesje, które ze względu na podobną ideę można, a nawet trzeba traktować jako jednolite stylistycznie przedsięwzięcie. Albumy mają wspólny tytuł „Dreaming of the Master Suite”. Pomysł, ogólnie rzecz ujmując, jest próbą zwrócenia uwagi na tych spośród wielkich klasyków jazzu, którzy mieli bezpośredni wpływ na rozwój zespołu, albo też, co bardziej prawdopodne, byli dlań szczególnie inspirujący.

Pierwsza płyta na warsztat bierze dorobek artystyczny jednego z najważniejszych twórców nowoczesnego jazzu - Johna Coltrane’a. Płyta nie jest jednak skonstruowana jako zbiór kompozycji Trane’a, z którymi Art Ensemble of Chicago próbuje się mierzyć. Nie odnajdziemy więc całej masy cudownych coltrane’owskich tematów, lecz tylko trzy, ale za to będące w ścisłej czołówce jego dokonań, mianowicie „Impressions”, „Naima” i „Spiritual”. Jak to zazwyczaj bywa przy okazji tego zespołu, zaprezentowane zostały wersje dość swobodnie podejmujące istotę tych dzieł. Oczywiście, tematy potraktowane zostały bardzo czytelnie, a improwizacje poszczególnych muzyków nie oddalają się od głównego szkieletu, ale za to ogólny nastrój tych kompozycji jest zgoła odmienny niż można byłoby oczekiwać. Całość rozpięta jest w niezwykłym, silnie zafrykanizowanym otoczeniu muzycznym. Te tendencje są zresztą wizytówką grupy. Pojawia się niezliczona ilość instrumentów perkusyjnych, począwszy od całej baterii różnorodnego rodzajów bębnów, poprzez egzotyczne czynele, dzwonki i najprzeróżniejsze stukadełka, a na belafonach skończywszy. Jest tego naprawdę sporo tym bardziej, że obsługą tychże zajmuje się nie tylko główny perkusista grupy, Famoudou Don Moye, ale także wszyscy członkowie bandu. Oprócz swych podstawowych instrumentów Lester Bowie - trąbka, Joseph Jarman - saksofon tenorowy, Roscoe Mitchell - saksofon altowy, Malachi Favors - kontrabas, sięgają także po inne instrumentarium, nie wyłączając całej gamy pozostałych instrumentów dętych, nie tylko z rodziny saksofonów, ale również i fletów. Efektem tego jest niezwykła wprost kolorystyka brzmienia i różnorodność odcieni sonorystycznych.

Mimo tego, że Art Ensemble of Chicago to przecież formacja z krwi i kości awangardowa, tym razem wydaje mi się, że muzycy swoje zapędy eksperymentatorów nieco bardziej zdecydowanie przytrzymali na wodzy. W sumie mamy dziesięć „kawałków”, z których żaden nie przekracza ośmiu minut, a kilka to króciutkie miniimpresje. Możemy także przy okazji tej płyty posłuchać jak brzmi zespół w utworach o czytelnej formie, klarownych i zwięzłych pod względem melodycznym tematów - „Song For Atala”, czy jeden z najbardziej efektownych, utrzymany w bardzo żwawym tempie „Ohendaruth”.

Uważam tę płytę za dzieło bardzo udane, choć kiedy spoglądam na nią jak na całość, która zaplanowana była jako swego rodzaju dedykacja i powstała z jasno określonych inspiracji, nie do końca jestem pewny kim był dla Bowie’go i spółki Coltrane i do jakiego stopnia jego muzyka wpłynęła na ich rozwój.

W kontekście tego, co napisałem powyżej jeszcze dziwniej wygląda sprawa z drugą w dyskografii płytą będącą swego rodzaju „tribute to” - „Dreaming of the Master Suite vol II”. Jest ona poświęcona pamięci Theloniousa Sphere Monka, a więc, podobnie jak Coltrane, niezwykle ważnego dla jazzu kompozytora i pianisty. Czym jest monkowska pianistyka oraz jego niebywały talent kompozytorski wie każdy, który poświęcił jazzowi nieco więcej czasu. Ogromna ilość jego utworów bez końca brana jest na warsztat i stanowi ponadto rodzaj wyzwania nie tylko dla pianistów - dla nich jest oczywiście zjawiskiem wyjątkowym - ale również i artystów, którzy za swój główny instrument niekoniecznie uważają fortepian. Twórczość Monka okazała się być fascynująca niemal dla wszystkich, nie tu ma rzecz jasna miejsca  na wyliczanie wszystkich, ale weźmy choćby wielkiego saksofonistę sopranowego Steve’a Lacy, który w latach 60. nauczył się wszystkich jego kompozycji i w oparciu o nie nagrywał monograficzne płyty i dawał takież same koncerty na całym świecie.

Mimo tak wielkiego rezonansu w kręgach muzycznych i wśród publiczności, nie lada zaskoczeniem było dla mnie ujrzenie w katalogu DIW płyty Art Ensemble of Chicago, u źródeł której znalazły się właśnie inspiracje monkowskie. Uczucie zainteresowania podsycało na dodatek zaproszenie do tego nagrania jednego z największych nowatorów jazzowej pianistyki - wielkiego Cecila Taylora. Byłem niemal w 100% pewny, że pozycja okaże się co najmniej niezwykła, przypuszczałem też, że nietuzinkowa wyobraźnia zespołu w znacznej mierze przekształci znane mi wcześniej utwory, nie sądziłem jednak, że grupa niemal całkowicie zrezygnuje z wykorzystania utworów Monka. Jedynym reprezentantem jego dzieł jest tu, a jakże, „Round Midnight”, pomyślany jako ponad 15-minutowa suita, w której część pierwszą zajmuje obszerne wprowadzenie o charakterze sonorystycznej impresji, a z niej w dalszym ciągu wyłania się jak najbardziej tradycyjnie podany temat i równie tradycyjne, choć nie pozbawione nostalgicznej liryki, sola trąbki i saksofonu. Potem jeszcze znacznie krótszy i mniej znany „Nutty” i na dobrą sprawę na tym koniec. W całej reszcie, przynajmniej w moim odczuciu, jest tyle Monka co na lekarstwo.

Nie oznacza to w żadnym wypadku, że mamy do czynienia z płytą nieudaną. Jest tu bardzo wiele intrygujących momentów i rzadka możliwość posłuchania, jakie efekty daje spotkanie dwóch filozofii awangardowego muzykowania. Jest to bez wątpienia spotkanie na szczycie, które pokazuje z jak odmiennych muzycznie doświadczeń wypływać może freejazzowe granie i na jakich płaszczyznach obydwa te światy znajdują wspólny mianownik. Kiedy jednak opada pierwsza fascynacja, dojść można do wniosku, że więcej jest różnic niż cech wspólnych. Oczywiście urzeka poziom kompromisu i stopień adaptacji Taylora, znanego przecież z szalenie nieprzejednanego stanowiska w kwestii funkcji fortepianu, a także wspaniałe, czasem intrygujące, a czasem po prostu czarowne zdolności zespołu w kreowaniu fascynującego otoczenia brzmieniowego. Po wysłuchaniu tej płyty, nie ukrywam z niemałą przyjemnością, mam wrażenie, że do następnego takiego spotkania na szczycie raczej nie dojdzie. Każda ze stron działa w obrębie własnych, latami szlifowanych koncepcji, które nawet przy wspólnym monkowskim mianowniku nie potrafią koegzystować.

Sądzę jednak, że wyjątkowość obydwu tych płyt, a także wyśmienita realizacja techniczna, dystansująca ogromną ilość tak zwanych płyt audiofilskich, stanie się dostatecznym argumentem, aby obydwa woluminy mistrzowskich suit stanęły u Państwa na półce.

 

 

 

 

.: A : B : C : D : E : F : G : H : I : J : K : L : M : N : O : P : Q : R : S : T : U : V : W : X : Y : Z :.