|
|
Recenzje |
|
|||
|
|
|
|
|||
|
|
Pheromonical, Runnin’ Round, Mirror Mirror, Damaged But Good,
Hammond Eggs, Monkey Talk, I’m Not a Spy, Funkorific, Willie &
Muddy
Muzycy: Ray Anderson, tb; Amina Claudine Myers, piano, Hammond, voc;
Jerome Harris, g; Lonnie Plaxico, b; Tommy Campbell, dr
Mimo tytułu płyta Andersona,
jednego z najciekawszych współczesnych puzonistów, niewiele ma wspólnego
z funkiem, w znaczeniu, jaki mu się dzisiaj najczęściej nadaje, tj.
jazzrockowych ósmawek. Funk w tytule nawiązuje do innego
znaczenia tego słowa, którym w latach 60. określano komunikatywną
muzykę opartą na mocnym rytmie, o beztroskim ludycznym charakterze
(nawet jeśli występowały w niej elementy gospel), czasem nawiązującą
w harmonii do bluesa, do której wykonywania często wykorzystywano
organy Hammonda i gitarę. Także i tutaj słyszymy te instrumenty.
Pierwsze skojarzenie:
ogromnie sympatyczna płyta, doskonale zaaranżowana (soczyste dwugłosy
puzonu i gitary, Hammonda i puzonu itd., Damaged But Good jak z filmów
Hitchcocka) i wykonywana przez dojrzałych profesjonalistów, którzy
już tyle umieją, że nie muszą zachowywać śmiertelnej powagi.
Muzyka przesiąknięta autentyzmem, radością tworzenia i bluesem - w
znaczeniu spontaniczności i bezpretensjonalności w wyrażaniu uczuć
(choć blues jest tu oczywiście obecny także w formie i to wielokroć).
Wielką siłą podobnej muzyki jest promienny klimat, kiedy to mimo
braku przyprawiających o zawrót głowy, pełnych harmonicznych
meandrów improwizacjii grania „po czarnych", słucha się jej
bez znużenia. Sprawdza się najważniejsza zasada w jazzie: nieważne
co, ważne jak. Anderson nie stara się udziwniać, a mógłby, bo w
swej karierze nie raz przemieniał się w krwiożerczego muzyka
freejazzowego. Jeżeli ta jego cząstka muzycznej osobowości się
uwidacznia, to przede wszystkim w doborze brzmień, często dość
nieortodoksyjnych, różnych pomrukiwań i pohukiwań albo dwudźwięków
powstających przez śpiewanie w instrument itd. Osobna sprawa to jego
produkcje wokalne. Jak to dobrze, że instrumentaliści lubią sobie
czasem pośpiewać, bo wydobywają z siebie dźwięki, na które żaden
szanujący się profesjonalny wokalista nigdy by się nie odważył.
Już sam śpiew Andersona tekstu piosenki w Monkey Talk sprawia, że
sztywniejemy; co dopiero jego popis bez słów w tym samym utworze -
chyba najśmieszniejszy scat, jaki słyszałem, skrzyżowanie Myszki
Mickey z kotem marcowym. Podobnie bawi temat Hammond Eggs, który
rzeczywiście brzmi tak, jak gdyby Hammond Myers znosił jajka. Ale
niech przez to uwypuklenie humoru w nagraniach Andersona nie
przepadnie rzecz najważniejsza: „Funkorific" to jak
najprawdziwszy, „poważny" jazz, tyle że grany z ogromną radością.
Całe szczęście, że takie płyty jeszcze powstają. |
|
|||
|
|
|
|